W tak słoneczny dzień nic nie mogło popsuć nam humorów. Pełni pozytywu zajmujemy swoje miejsca w samolocie, obieramy kurs na Malmø. Stewardessy informują nas, co robić w przypadku wodowania, gdyż pod nami przez najbliższą godzinę będzie Morze Bałtyckie. Jedyne, co zapamiętałem, to fakt, że w przedniej części pokładu są 2 wyjścia. Prawda, Kubik? Będąc w chmurach – dostrzegamy dwie, małe wyspy nieopodal Bornholmu. Były tak małe, że ledwo zauważalne. Co się później okazało, są to duńskie wyspy Christiansø oraz Frederiksø – należące do archipelagu Ertholmene. Wyspy zamieszkałe przez niecałe 100 osób. Nie mają dostępu do słodkiej wody. Posiadają sklep, małą elektrownię, bibliotekę oraz aptekę. Mają też pole namiotowe, na którym na pewno zawitam. Wyobrażacie sobie – tak mała wyspa, tak mało mieszkańców, a dookoła tylko świeża bałtycka bryza i otwarta woda? Niesamowite. W centrum Malmø wsiadamy w autokar, który zabierze nas w 3-godzinną podróż do miasta Göteborg. Już wyjaśniam, jak i skąd w ogóle pomysł, by tam się znaleźć. Wszystko zaczęło się w 2010 roku, kiedy Polskę odwiedził b-boy Tired – Jin Thercin, reprezentant jednej z najstarszych b-boyowych familii ze Skandynawii – Ultimate BBoys Crew. W tym roku organizowali w swoim mieście event All in One Break Jam 2012. Mając na to dobry budżet, postanowili zaprosić nas, jako gości z Polski. Wrzucając nas w Great8 zagościliśmy wśród takich ekip, jak Octagon, Ghost Crew czy La Smala.

Mijają nam kolejne godziny w autokarze. Mijają nam krajobrazy zachodniej Szwecji. Mijają nam kolejne plansze sudoku. Gdy zaczyna się ściemniać, dojeżdżamy na The Nils Ericson Terminal – autobusowy dworzec główny w Göteborgu. Odbiera nas team organizatorów i czerwonym Scooby-Doo vanem jedziemy do podmiejskiej dzielnicy Partille, gdzie odbyć ma się event i gdzie jest adres zakwaterowania dla zawodników z Great 8. Oprócz sali treningowej mamy do swojej dyspozycji cały obiekt, czyli m.in. sport spot. Po szybkim ogarnięciu się, kilku partiach tenisa stołowego udajemy się z Jinem do miasta na mały chill. Mijamy operę – kolos monument ocieplony niebieskim światłem. Co się okazuje, wystarczy 15-minutowy spacer, by zobaczyć starówkę i dwa najbardziej atrakcyjne miejsca miasta. Spacer dość mocno nas wygłodził – udajemy się zatem do niezłej knajpki na ciepłą bagietkę z sosem curry. Jin wciąż się uśmiecha, opowiada nam różne historie i mimo zmęczenia, jest wciąż pełen energii. Przemierzając miasto nocą mijamy ulicznych grajków i stale uśmiechniętych ludzi. Jin odstawia nas na miejsce i zapowiada, że wróci po nas rano na dalszą część zwiedzania drugiego, co do wielkości, miasta Szwecji. Na drugi dzień poznajemy na śniadaniu szwedzkie specjały, których za dużo mimo wszystko nie ma. Polecam szwedzki chleb tunnbrod. B-Boy Tired już czeka w samochodzie, ma nam pokazać najokazalszy sklep muzyczny w Skandynawii – Bengans Skivbutik. Spędzamy tam grube 3 godziny, wertując i szperając pośród ogromu winylowych krążków. Nie wyszliśmy z pustymi rękoma – całe szczęście. Cierpliwy Jin pokazuje nam jeszcze kilka skwerów, gdzie możemy odpocząć przed wieczornym eventem. Miejsce eventu zaczyna wypełniać się już sporą ilością tancerzy, którzy przybyli na eliminacje. Zaczynamy rozgrzewkę w wydzielonej sali, po czym wchodzimy do kół …

Do kwalifikacji przystąpiły 32. ekipy z całej Skandynawii, z których jury wybrało 8, które zmierzą się z Great8. W składzie sędziowskim zasiadł m.in. co raz bardziej znany b-boy Sunni (Soul Mavericks). Skandynawska scena jest bardzo taneczna. Ludzie poświęcają całą swą taneczną uwagę muzyce i płynnym umiejętnościom. W kole rozpoznajemy bliskiego nam przyjaciela – Hefa – który startuje dziś wspólnie z Octagon Crew. Walki ruszyły pełną parą. Przegrywamy ostatecznie w 3. rundzie z Grounded Crew (Norwegia) głosami 2:1. Stoczyliśmy naprawdę świeżą i energiczną walkę. Oprócz nas odpada mój faworyt – Octagon – w składzie Hefo, Escobar, Jeff i King Foolish. Ten ostatni jest zdecydowanie najlepszym graczem północnej Europy. W pełni pewny swojego arsenału, charyzmy i energii atakuje i zabija. Event wygrywa La Smala z Francji. Byłem zaskoczony widząc naprawdę dobry i surowy b-boying z kraju owianego teksasem i skakankami. Świeże koła, nowe znajomości. DJ w pełni doświadczony grał na wysokim poziomie. Uwierzcie, brakuje w naszym kraju takich po prostu jamów.

Nie narzekam na stan naszej sceny, gdyż jest zajebisty. Jednak to, jaki klimat panował tam, jest czymś, czego często nam brakuje. Mimo wszystko dobrze zaprezentowaliśmy Polskę, zebraliśmy sporo dobrych opinii, zbiliśmy jeszcze więcej piątek. W takim humorze udajemy się na after party do klubu Nefretiti. W rytmach nu-disco, chillując – łapiemy ostatnie chwile w Szwecji. Wczesnym rankiem znów autokar, znów senne trzy godziny. Mając jednak w zanadrzu kilka godzin, postanawiamy zobaczyć trzecie co do wielkości miasto jakim jest Malmø. Spacerem zmierzamy w stronę Turning Torso oraz Sundspromenaden. Widok i chwile tam spędzone były tak fenomenalne, że spóźniliśmy na pierwszy autobus na lotnisko. Widok na Bałtyk i most Öresund łączący Szwecję z Danią jest niepowtarzalny.

Szwecję zapamiętam z drogiej wody pitnej, wspaniałych, uśmiechniętych ludzi, świetnej komunikacji oraz niezapomnianych chwil. Dziękuję tym, którzy dzielili ze mną ten czas. Dziękuję za małe, grube Chinki; za spontaniczny szwedzki język; za wejście robotów do klubu; za grubasa z busa; za wszystko inne. Superthugs: Mietto, Bartek, Kubik. Do zobaczenia za rok w tym samym miejscu!
W tak słoneczny dzień nic nie mogło popsuć nam humorów. Pełni pozytywu zajmujemy swoje miejsca w samolocie, obieramy kurs na Malmø. Stewardessy informują nas, co robić w przypadku wodowania, gdyż pod nami przez najbliższą godzinę będzie Morze Bałtyckie. Jedyne, co zapamiętałem, to fakt, że w przedniej części pokładu są 2 wyjścia. Prawda, Kubik? Będąc w chmurach – dostrzegamy dwie, małe wyspy nieopodal Bornholmu. Były tak małe, że ledwo zauważalne. Co się później okazało, są to duńskie wyspy Christiansø oraz Frederiksø – należące do archipelagu Ertholmene. Wyspy zamieszkałe przez niecałe 100 osób. Nie mają dostępu do słodkiej wody. Posiadają sklep, małą elektrownię, bibliotekę oraz aptekę. Mają też pole namiotowe, na którym na pewno zawitam. Wyobrażacie sobie – tak mała wyspa, tak mało mieszkańców, a dookoła tylko świeża bałtycka bryza i otwarta woda? Niesamowite.
W centrum Malmø wsiadamy w autokar, który zabierze nas w 3-godzinną podróż do miasta Göteborg. Już wyjaśniam, jak i skąd w ogóle pomysł, by tam się znaleźć. Wszystko zaczęło się w 2010 roku, kiedy Polskę odwiedził b-boy Tired – Jin Thercin, reprezentant jednej z najstarszych b-boyowych familii ze Skandynawii – Ultimate BBoys Crew. W tym roku organizowali w swoim mieście event All in One Break Jam 2012. Mając na to dobry budżet, postanowili zaprosić nas, jako gości z Polski. Wrzucając nas w Great8 zagościliśmy wśród takich ekip, jak Octagon, Ghost Crew czy La Smala.
Mijają nam kolejne godziny w autokarze. Mijają nam krajobrazy zachodniej Szwecji. Mijają nam kolejne plansze sudoku. Gdy zaczyna się ściemniać, dojeżdżamy na The Nils Ericson Terminal – autobusowy dworzec główny w Göteborgu. Odbiera nas team organizatorów i czerwonym Scooby-Doo vanem jedziemy do podmiejskiej dzielnicy Partille, gdzie odbyć ma się event i gdzie jest adres zakwaterowania dla zawodników z Great 8. Oprócz sali treningowej mamy do swojej dyspozycji cały obiekt, czyli m.in. sport spot. Po szybkim ogarnięciu się, kilku partiach tenisa stołowego udajemy się z Jinem do miasta na mały chill. Mijamy operę – kolos monument ocieplony niebieskim światłem. Co się okazuje, wystarczy 15-minutowy spacer, by zobaczyć starówkę i dwa najbardziej atrakcyjne miejsca miasta. Spacer dość mocno nas wygłodził – udajemy się zatem do niezłej knajpki na ciepłą bagietkę z sosem curry. Jin wciąż się uśmiecha, opowiada nam różne historie i mimo zmęczenia, jest wciąż pełen energii. Przemierzając miasto nocą mijamy ulicznych grajków i stale uśmiechniętych ludzi. Jin odstawia nas na miejsce i zapowiada, że wróci po nas rano na dalszą część zwiedzania drugiego, co do wielkości, miasta Szwecji.
Na drugi dzień poznajemy na śniadaniu szwedzkie specjały, których za dużo mimo wszystko nie ma. Polecam szwedzki chleb tunnbrod. B-Boy Tired już czeka w samochodzie, ma nam pokazać najokazalszy sklep muzyczny w Skandynawii – Bengans Skivbutik. Spędzamy tam grube 3 godziny, wertując i szperając pośród ogromu winylowych krążków. Nie wyszliśmy z pustymi rękoma – całe szczęście. Cierpliwy Jin pokazuje nam jeszcze kilka skwerów, gdzie możemy odpocząć przed wieczornym eventem. Miejsce eventu zaczyna wypełniać się już sporą ilością tancerzy, którzy przybyli na eliminacje. Zaczynamy rozgrzewkę w wydzielonej sali, po czym wchodzimy do kół …
Do kwalifikacji przystąpiły 32. ekipy z całej Skandynawii, z których jury wybrało 8, które zmierzą się z Great8. W składzie sędziowskim zasiadł m.in. co raz bardziej znany b-boy Sunni (Soul Mavericks). Skandynawska scena jest bardzo taneczna. Ludzie poświęcają całą swą taneczną uwagę muzyce i płynnym umiejętnościom. W kole rozpoznajemy bliskiego nam przyjaciela – Hefa – który startuje dziś wspólnie z Octagon Crew. Walki ruszyły pełną parą. Przegrywamy ostatecznie w 3. rundzie z Grounded Crew (Norwegia) głosami 2:1. Stoczyliśmy naprawdę świeżą i energiczną walkę. Oprócz nas odpada mój faworyt – Octagon – w składzie Hefo, Escobar, Jeff i King Foolish. Ten ostatni jest zdecydowanie najlepszym graczem północnej Europy. W pełni pewny swojego arsenału, charyzmy i energii atakuje i zabija. Event wygrywa La Smala z Francji. Byłem zaskoczony widząc naprawdę dobry i surowy b-boying z kraju owianego teksasem i skakankami. Świeże koła, nowe znajomości. DJ w pełni doświadczony grał na wysokim poziomie. Uwierzcie, brakuje w naszym kraju takich po prostu jamów. Nie narzekam na stan naszej sceny, gdyż jest zajebisty. Jednak to, jaki klimat panował tam, jest czymś, czego często nam brakuje. Mimo wszystko dobrze zaprezentowaliśmy Polskę, zebraliśmy sporo dobrych opinii, zbiliśmy jeszcze więcej piątek. W takim humorze udajemy się na after party do klubu Nefretiti. W rytmach nu-disco, chillując – łapiemy ostatnie chwile w Szwecji. Wczesnym rankiem znów autokar, znów senne trzy godziny. Mając jednak w zanadrzu kilka godzin, postanawiamy zobaczyć trzecie co do wielkości miasto jakim jest Malmø. Spacerem zmierzamy w stronę Turning Torso oraz Sundspromenaden. Widok i chwile tam spędzone były tak fenomenalne, że spóźniliśmy na pierwszy autobus na lotnisko. Widok na Bałtyk i most Öresund łączący Szwecję z Danią jest niepowtarzalny.
Szwecję zapamiętam z drogiej wody pitnej, wspaniałych, uśmiechniętych ludzi, świetnej komunikacji oraz niezapomnianych chwil. Dziękuję tym, którzy dzielili ze mną ten czas. Superthugs: Mietto, Bartek, Kubik. Do zobaczenia za rok w tym samym miejscu!
Niedawno, razem z moim bratem Kostkiem, wdrążyliśmy w życie projekt Rock The Top. ROCK THE TOP jest projektem warsztatowym. Skupia w sobie Rock Dance (Uprock) oraz jeden z najważniejszych elementów b-boyingu, jakim jest Top Rocking. Całość obejmuje 4 godziny zegarowe praktyki oraz krótki panel dyskusyjny, w którym opowiemy o naszej wizji tańca, różnicach i stereotypach. Znajdziecie nas w wielu miastach, jak: Warszawa, Gdańsk, Kraków, Zielona Góra, Szczecin czy Łódź. Mamy nadzieję, że do zobaczenia!
więcej na www.rockthetop.pl

Bboy Nevi, reprezentujący Cats Claw Crew. Pochodzi z małej wioski Rzekuń nieopodal Ostrołęki, a tańcem zajmuje się już około 9 lat. Rozmawiamy o Circle Prinz Poland, Dance Fucks Politics , nadchodzących Konfrontacjach we Wrocławiu. Alek mówi o swoim postrzeganiu wielu ważnych aspektów.
Dlaczego Nevi?
Nevi to skrót od angielskiego słowa Niveous czyli śnieżny/biały. Jest to związane z moim nazwiskiem, a także z tym, do czego dąże w b-boyingu czyli do stylu gładkiego i czystego niczym płatki śniegu.
Do czego jeszcze dążysz w tańcu? Nad czym spędzasz większość czasu na sali?
Dobre pytanie. W tańcu dążę przede wszystkim do tego, by czerpać jak największą przyjemność, by wyzwalać w sobie emocje w jak najlepszym wydaniu i jak najszczerzej wyrażać siebie, swe wnętrze. Na sali większość czasu spędzam na freestyle'owaniu do muzyki, która mnie prowadzi. Staram się zapamiętać wszystko, co w danej chwili zrobiłem, by być jak najbardziej świadomym tego co tworzę.
Alek, co jest najtrudniejsze w pracy nad sobą?
Myślę, że w pracy nad sobą najtrudniejsze jest znalezienie wewnętrznego spokoju, pozbycie się myśli o przyszłości i przeszłości, a tym samym wejście w pełni w obecny moment.
Podobną rzecz powiedział mi kiedyś Trac2. Bycie tu i teraz. Jakie czynniki pozwalają Tobie pozbyć się myśli o przeszłości, przyszłości?
Z pewnością skupienie się na własnym oddechu, ponieważ to on jest życiem, dlatego tym samym wkraczam na ścieżkę teraźniejszości. Każdy ruch, każda aktywność odpycha ode mnie wszelkie myśli, więc kiedy tańczę, gram na gitarze czy nawet śpiewam mój umysł całkowicie się oczyszcza.
Oddech. Oddech jest transporterem energii, którą dysponujesz. Taki jest Twój styl - energiczny, sprecyzowany. Masz jakiś system treningowy?
Hmm... Do treningu podchodzę na luzie i staram się nie planować zbyt dużo, jednak jak mawiał Arnold Schwarzenegger - lepiej mieć jakiś plan niż żadnego. Włączam muzykę - najpierw trenuję ruchy, które już zapamiętałem i mogę nimi tańczyć. Czasami trenuję to, co w danej chwili przyjdzie mi do głowy, a zawsze na koniec treningu pozwalam muzyce, by mnie poprowadziła. W tym czasie zapamiętuję jak najwięcej ruchów, które się wyłoniły, by potem móc nimi freestylować.

Circle Prinz 2007. Widziałem wtedy Ciebie pierwszy raz w akcji. Zapewne nie tylko ja. Od tamtego czasu co się zmieniło? Jak to wydarzenie wpłynęło na Twój dalszy rozwój?
Ojj dużo... Zacznę od tego, że była to jedna z tych imprez, które miały swój niepowtarzalny klimat. Pamiętam jak dziś, gdy robiłem seta i czułem, jak ludzie są ze mną, wspierają mnie. Teraz rzadko kiedy zdarza się, żeby na imprezie w Polsce panowała taka atmosfera. To wydarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że b-boyem pozostanę do końca życia. A co się zmieniło? Nic z wyjątkiem tego, że wtedy byłem nieświadomy, a teraz moja wiedza, doświadczenie, percepcja, intelekt, charakter i wnętrze jest o wiele bardzej rozwinięte.
Wspomniałeś o bardzo ważnej rzeczy - klimat, atmosfera. CP 2007 było chyba jedną z najlepszych imprez w historii polskiej sceny. Ludzie doceniali bardziej, przyjeżdżali na jam, przyjeżdżali ten klimat tworzyć. Teraz często o klimat walczą prowadzący bądź tego klimatu nie ma. Bardzo często. Co jest tego przyczyną, Alek?
Myślę, że przyczyną jest chęć wygranej, a ten który zrobi coś dobrego, nie zawsze jest doceniany z powodu znajomości. Ludzie w Polsce się znają, mają swoich faworytów lub po prostu ziomków i każdy każdemu próbuje dogryść, tak, żeby wygrała osoba którą "ja lubie", a nie inna. Gdyby nikt się nie znał, klimat byłby lepszy, takie jest moje zdanie.
Ciekawe. Ostatnio miała miejsce akcja DFP, pod którą się podpisałeś. Skąd pomysł na tę organizację?
O to musisz zapytać Meksa, bo on był jej organizatorem, a podpisałem się pod nią, bo również uważam, że oficjalny klip top 10 setów powinien po pierwsze wyglądać inaczej, a po drugie nie powinno się go nazywać klipem , który jest oficjalny z Polski idzie w świat i ogląda go cały świat. Po trzecie dobrą inicjatywą było zrobienie drugiego klipu, który byłby bardziej obiektywny, jednak sam nie wiedziałem, że to będzie nazywać się tak ostro i zakończy ostrą dyskusją. Jednak, jak już wspominałem na forum, stoję po stronie prawdy i nie boje się tego, co wcale nie znaczy, że nie darzę wielkim szacunkiem b-boys, którzy znaleźli się na klipie czy też go zrobili. Tańczę dla siebie, nie zależy mi na byciu na takim klipie, więc kto używa tego argumentu, że my nie pojawiliśmy się na klipie i dlatego stworzyliśmy taką organizację jest dla mnie śmieszny.
Dobrze jest mieć swoje stanowisko i umieć je bronić. Zmienię temat. Również pochodzę z małej miejscowości. Czy małomiasteczkowa mentalność ma wpływ na Twój charakter, osobowość? Czy dystansuje Ciebie od wielu spraw?
Z pewnością. Zauważyłem, że ludzie z większych miast mają dużo i zazwyczaj nie muszą się starać o wiele. Podczas, gdy ja czasami muszę dojeżdżać na trening kilka kilometrów autobusem z wielkim sprzętem, który ustawiać trzeba pół treningu, a i tak nie wiadomo, czy zadziała i jeżeli się uda to trenuje na maksa. Ludzie z małych miast są też bardziej wyciszeni, a jak wiadomo - milczenie jest złotem.
Alek, wybierasz się na Konfrontacje, gdzie zasilisz grono FUTURE TEAM. Będziesz stał w linii z młodszymi od siebie. Twoje odczucia? Jesteś tym, który może poprowadzić FUTURE TEAM?
Moje odczucia są jak najbardziej pozytywne. Chcę dobrze się zaprezentować i powalczyć w bitwach ekipowych. Nie ukrywam, że słowo future mnie razi, bo jak wspominiałem staram się być w pełni w PRESENT, jednak myślę, że formy nie mają znaczenia. Ważne, żeby dobrze się bawić, dlatego tam jadę. Jeżeli młodsi się zgodzą na to, bym przodował, to czemu nie, mam trochę więcej od nich doświadczenia.
Już wiem, że wpływ na Twoją twórczość ma muzyka, Twoje miasto, odpowiednia atmosfera i stan umysłu. Co lub kto jeszcze ma na Ciebie wpływ? Twoje inspiracje?
Emocje, a jeżeli chodzi o środowisko i osoby, z którymi mam do czynienia jest to z pewnością moja ekipa. Oprócz niej inspirowałem się K-Melem, Yanem, Kirkiem, Bornem. Jednak teraz już nawet nie biorę ich pod uwagę, bo wywarli na mnie wystarczający wpływ. Ostatnio zainspirował mnie Minnessota Joe, ponieważ zauważyłem w nim cząstke tego, do czego dążę w tańcu, a czego zapomniałem dodać wcześniej. Jest to wszechstronność połączona z muzykalnością.
W taki sposób dotarliśmy do końca. Dziękuję, Alek! Coś od siebie?
Pozdrawiam wszystkich ludzi, dzięki którym się uśmiecham, moją ekipę, wszystkie prawdziwe bboyowe ekipy, moich uczniów ze szkółki i moją całą rodzinę! Zapraszam na zajęcia b-boyowe w Ostrołęce i zachęcam do przeczytania mojej książki "Soulight", kiedy ją wreszcie skończę, Dzięki wielkie, Peace!
Malmö przywitało nas mgliście. Całe szczęście, stacjonuje tam nasz rodak - przemiły gość - który oferuje dojazd z lotniska Sturup do samego kopenhaskiego centrum. W tak udanym towarzystwie, trzymając popijając herbatę z owoców leśnych, przemierzamy most Oresundsbron, łączący Szwecję z Danią. Niesamowite przeżycie, jadąc 40 minut nad i pod Bałtykiem. Zegar na dworcu głównym w Kopenhadze wskazuje 8:45. Po szybkim rozeznaniu, które metro i dokąd, obieramy kurs do Svanemollen Station, skąd odbierają nas Rafson i Hefo (Fox Footwork/Ready To Battle). Dla mnie to wspaniała okazja do spotkania z przyjaciółmi - ludźmi, którzy mieli i mają duży wpływ na to, kim jestem. 10 lat temu poznałem tych gości i to oni wtedy zasiali we mnie odpowiednie myśli. Po szybkiej jajecznicy przy czarnej herbacie - udajemy się na zwiedzanie stolicy Danii w pigułce. Do finałów Floor Wars 2012 sporo czasu, który udaje nam się zabić w niesamowicie inspirujący sposób.

Na początek - Wolne Miasto Christiania - samostanowiące się miejsce w jednej z dzielnic Kopenhagi. Przy wejściu wita nas tablica z informacją: "Green District / Do not take photos, just have fun!", a tuż za nią stoiska z mega ilością zielonego stuffu. Korytarzami pośród artystycznie zaaranżowanych garnizonów kierujemy się nad staw, gdzie udaje nam się chwilę wychillować. Christiania to miejsce jakby nieistniejące. Rzadko zdarza się, by wchodząc na jakiś obszar miało się wrażenie, jakby wchodziło się do całkiem nowego świata. To miejsce z bajki. Ludzie żyją z tego, co wyprodukują, żyjąc ze sztuki. Nie płacąc podatków, mają własne szkoły, przedszkola, pocztę ... Zdrowe, prawda? W samym centrum stolicy. Opuszczamy po czasie "naszą bajkę", dziękując za gościnę. Kolejnym punktem jest starówka. Starówka robiąca wrażenie. Poza turystami można dostrzec, jak mocno rząd inwestuje w rozwój miasta i jego wygląd. Nie będę zagłębiał się w to, co widziałem. Do Kopenhagi można dostać się na kilka sposobów: prom (Świnoujście) czy samolotem (bezpośrednio ze Szczecina, Krakowa bądź pośrednio do Malmö Sturup). Jedźcie, zobaczcie. Koniecznie.

Naszym ostatnim przystankiem jest VEGA - miejsce tegorocznych finałów Floor Wars. Zatem odbieramy Back Stage Passes i udajemy się na krótki odpoczynek przed walkami. Miejsce bardzo trafione. Główne miejsce walk znajdowało się na piętrze - otoczone balkonem, co rozładowywało nieco tłok i ścisk. Nieopodal Swift Rock Shop z dobrymi ciuszkami o europejskich (niestety) cenach. Na parterze odbywał się Top Rock Contest, w którym spontanicznie wziąłem udział. Zanim jednak doszło do jakichkolwiek kategorii, udało się nam wdać w konstryktuwne rozmowy z naszym dobrym przyjacielem od lat, Dyzee'm (Supernaturalz), który tego dnia sędziował zawody. Po raz pierwszy Floor Wars odbywało się trybem 2-dniowym. Pierwszego dnia (piątek) miały miejsce solowe eliminacje do R16 2012, które zgarnął UzeeRock (Tatanaka). Sobotnie finały w kategorii 3vs3 to z początku eliminacje, z których wyłoniono 8 ekip (spośród 70). Ekipy te dołączyły do Great8, które tworzyły takie ekipy, jak: Fusion Mind Killer (Korea), De Klan (Włochy), Natural Effects (Dania), Soul Maverics (Wielka Brytania), Melting Force (Francja), Tatanaka (Ukraina), MF Kidz (Stany Zjednoczone) oraz Sinior Skład Family (Polska).

Mieliśmy niesamowity zaszczyt zasilić grono ośmiu zaproszonych ekip. Takie sytuacje wzmacniają Ciebie podwójnie. Top Rock Contest odbywał się równocześnie z eliminacjami 3vs3, zatem miałem sporo czasu. Zapisało się ok. 50 uczestników, któzy po jednej solowej prezentacji musieli czekać na werdykt sędziów. Wybierali oni 16stkę do bitew. Wśród niej znalazłem się i ja. Traktując to jako rozgrzewkę i dobrą zabawę, mając za sobą wspacie swojej ekipy udało mi się wywalczyć podium - 3. miejsce. Niesamowitym plusem całych zawodów był DJ UraGun (Dope Shit Productionz). To on nakręcał całą imprezę, dosłownie nakręcał! W taki sposób doczekaliśmy się finałów 3vs3. W losowaniu trafiliśmy na mocną trójkę z South B-Boys Front (Ukraina). Do trzeciej rundy prowadziliśmy wyrównaną walkę, później Ukraina przebiła nas i ostatecznie przegraliśmy walkę - mimo wszystko dobrze odebraną przez innych. Całe zawody wygrała trójka z Natural Effects w składzie Sonic, Neguin i Jeff. Większości walk nie widziałem, czego nie żałuję. Mało taneczne walki. Mało przekonujący b-boys, jako tancerze. Moje pojmowanie tańca mieści się w nieco innych kategoriach, niż to, co widziałem na Floor Wars. Spośród setki "takich samych b-boys" wyróżniało się tylko kilka osób, które były kompletnymi tancerzami. Brak dobrego prowadzącego, jak i spore opóźnienie zawodów powodowało spadek ciśnienia imprezy i senność. After Party odbyło się w swoim zakresie - w polskim klimacie! Wczesna pobudka, gdyż z lotniska w Kopenhadze udać miałem się właśnie do Krakowa porannym lotem. Szkoda, że w metrze (na do widzenia) spotkał mnie kontroler biletów, ha! Jednak udało mi się uniknąć całej nieprzyjemnej sytuacji w bardzo prosty sposób. Warto udać się na Floor Wars. Są to zawody mianem legendarnych i uchodzą za jedne z najlepszych na starym kontynencie. Opłaca się w nich uczestniczyć! Mam nadzieję, że jeszcze się tam zjawię! Ogromne podziękowania dla Hefa i Rafsona - jesteśmy waszymi dłużnikami, bracia! Pozdrowienia dla Sune, Kamila. Pokój.
Yo. Jak wspominałem w jednym ze swoich postów, odbyłem podróż do USA w celu nabywania wiedzy i nauki. W celu realizowania mojego projektu dotyczącego flow. Sprawdźcie archiwum postów, by dowiedzieć się więcej. Dziś prezentuję Wam krótkometrażowy film mojego autorstwa pt. "Flow: Existence Temporarily Suspended". Zawarte są w nim fragmenty wywiadów z muzykami, choreografami, tancerzami. Cały tekst znajdziecie w Flava Dance Magazine #8 za jedyne 7 zł. Pamiętajcie - to nie jest stricte b-boyowy projekt !!! Miłego odbioru.
"Czym jest przepływ? Przepływ czego? Impulsów, płynów, energii? Przepływ gdzie? W ciele, w umyśle, w przestrzeni? Na czym polega, jak go osiągnąć? Zarówno te, jak i setki innych pytań nurtowały mnie od długiego czasu. Skłoniło mnie to do rozpoczęcia badań nad tym – nazwijmy to – zjawiskiem. Podjąłem prace nad projektem badawczym dotyczącym stricte przepływu (flow)." fragment tekstu

Początek roku zawsze wspominam sennie. Mam mieszane uczucia, co do zimy. Styczeń był pracowity: sporo treningów, współpraca z teatrem, kilka wyjazdów. Rozpoczął się luty, a mając za pasem zimową sesję egzaminacyjną ruszyłem w trasę. Po raz kolejny. Odwiedziłem braci ze Szczecina - tak na początek. To miejsce zawsze będzie miało dla mnie pierwszorzędne znaczenie. Następnie Polskie Koleje Państwowe dowiozły mnie do Słupska, gdzie miałem okazję poprowadzić warsztaty. Tym razem w "najlepszej szkółce na Pomorzu", prowadzonej przez Pawła "Pawlotti" Kamińskiego. Uznana za najlepszą nie bez powodu. Fakt faktem, nie widziałem innych, ale dzieciaki wywarły na mnie ogromne wrażenie. Późną nocą zlądowałem w Drezdenku, by móc tutaj potrenować z największą po dziś dzień moją inspiracją oraz uczniami Sinior School. Kolejnym punktem na trasie było Kutno. Tam warsztaty, a zaraz po nich B-Boyowe Konfrontacje 4, gdzie zasiadłem obok Pirata oraz Wezyra, by sędziować ten event. Dziękuję Wam za to. Dziękuję również wszystkim, którzy całe B-Boyowe Konfrontacje inspirowali mnie i dali energię. Energię, którą spożytkowałem w kolejnym mieście. Z Kutna ruszyłem do Ostrowca Św., gdzie na zaproszenie b-boy Kamilo miałem okazję prowadzić 3-dniowe warsztaty. Z bardzo pracowitą młodzieżą. Dziękuję przede wszystkim Basi (SS.F). Dozgonnie dziękuję. One love for February!
Co Ty robiłeś 20. stycznia późnym wieczorem? Mnie przywitał krakowski dworzec autobusowy, a na nim czekająca już banda przyjaciół – Fabian, Keedo, Paulina, Baran, Kubik i Mardok1. Otoczeni mroźnym powietrzem i bagażami wyczekujemy autokaru do miasta stołecznego krainy Węgier – Budapesztu. Z miejsca wszystkim polecam usługi przewoźnika „Orange Ways” – autokary wyposażone w bezprzewodową sieć Wi-Fi; wygodne, rozkładane fotele i wszelkie luksusy klasy drugiej. Nadjechał. Z już bolącym od śmiania brzuchem zajmujemy cały tył autokaru i ruszamy w naszą pomarańczową trasę. Po drodze rozmawiamy na ogrom tematów – nie unikając przy tym kolejnej dawki śmiechu. W tak przyjaznej, rodzinnej wręcz atmosferze rodzi się spontanicznie nazwa naszego projektu, jakim zamierzamy wystartować na międzynarodowych zawodach „The Jam Chapter 4 Explosive”. Co ma wspólnego kiełbasa z miastem Boston, masażem i przekazem? Zaraz się okaże. Trasa minęła sprawnie, bez przeszkód i szybko. Za szybko. Na Węgrzech też zima, a my już o 5-tej nad ranem zawitaliśmy do lokalnego metra. Sprawdźcie koniecznie film produkcji węgierskiej „Kontrolerzy”, a dowiecie się, co mam na myśli pisząc „lokalne metro”. Całe szczęście język węgierski okazał się nam łaskawszy, niż przypuszczałem, choć początkowo sprawiał nam dużo problemów. Z czasem sprawiał nam już tylko powody do śmiechu. Po kilkugodzinnej trasie, chciałoby się Tobie zwiedzać o 5-tej nad ranem? Wątpię. Tak, jak i nam. Z przesiadkami docieramy do miejsca zawodów, a jadąc tak sobie podmiejskim pociągiem obserwuję wschód słońca nad miastem „Chłopców z placu broni”.

Dora Aitner – b-girl z legendarnego Suicide Lifestyle Crew – organizator dzisiejszego przedsięwzięcia, wita nas przy wejściu do event spot. Całe szczęście okazała się bardzo dobrym człowiekiem i na tyle wyrozumiałym, że udostępniła nam pokój z sofami do naszej dyspozycji, zatem kilka godzin regeneracyjnego snu spadło nam z nieba. Miejsce eventu? Placówka podzielona na kilka części – samo miejscem gdzie odbywały się bitwy (w połączeniu z prostotą świateł) robiła undergroundowy hip-hopowy klimat. Swoje dołożył do niego znany reprezentant Horsepower – DJ Woo-D, promując przy tym swój nowy mixtape. Sponsorem głównym imprezy była marka „Sprite”, zatem jak się domyślasz, wszędzie było mnóstwo gazowanego napoju i banerów z cytrynką. InTact i Tasmanio z Ukrainy, ale również legendarna postać ze sceny węgierskiej byli odpowiedzialny za werdykty. Miejsc na kół było wystarczająco – w końcu był to jam, a na kołach Dorze zależało najbardziej. W holu rozstawił się BBoyspot Europe, wokół którego zawsze ktoś chodził i w którym zawsze ktoś szperał.

Nadszedł czas eliminacji. Zasady były konkretne: nieograniczona liczba osób w ekipie, zero rutyn, czas bitwy – około 8 minut. Z Polski przybyli również reprezentanci Bruk Style oraz Eudezet Skillz. Po pierwszej rundzie sędziowie nie okazywali werdyktów, zaś na koniec wybierali szesnastkę najlepszych, którzy przeszli do kolejnej rundy. Zatem runda po rundzie przechodziliśmy dalej, udając się w przerwie na szybkiego chińczyka. Podeszliśmy do tego dość poważnie. Każdy wiedział i miał świadomość tego, co przed nami, co – mimo wszechobecnego zajebistego klimatu – pozwalało nam na mega skupienie. Tak udało nam się pokonać połączone siły najlepszych ekip na Węgrzech – Suicide Lifestyle Crew oraz legendarnego Enemy Squad – czy słowackie Hasta La Muerte. Finał bardzo polski – stanęliśmy naprzeciw reprezentantów Łodzi. Około 15-stu minut solidnej walki i czasami niepotrzebnych złych emocji. Wszystko – na szczęście – wyjaśnione. 3:0 to finałowy werdykt na korzyść Sausage Messagechusetts (Breaknuts & Sinior Skład Family).

Stojąc z nimi w jednej linii czułem się mega pewnie. Współpraca w trakcie trwania bitwy była przejrzysta i bez komplikacji, przy tym nie zapominaliśmy o havin’ fun, które poprowadziło nas do końca. Czułem duże wsparcie. Znamy się nie od dziś, od lat jesteśmy przyjaciółmi w życiu, rywalami na parkiecie, dobrymi ludźmi wobec siebie i taki stan rzeczy zaowocował – stojąc właśnie w jednej linii. Szczerze i mocno dziękuję Wam za to. Miałem okazję poznać Wasze podejście do bitew, uzupełniać się nawzajem. Miałem okazję napieprzać w kołach, co kocham najbardziej – szczególnie z braćmi z ekipy. Przypomina mi się teraz akcja, gdzie podczas jednej z walk przeciwnikowi (w trakcie seta) spadł but, na co spontanicznie zareagował - ściągając drugiego buta. W efekcie tańcząc w samych skarpetkach. Na to Mardok1 ściągnął swoje buty, podrzucając je przeciwnikowi na środek parkietu. Za nim ściągnął Baran, Keedo, ja, aż w końcu wszyscy. Mega!

Całodobowy McDonald’s częstuje nas kolacją, a przed nami kilka godzin koczowania w oczekiwaniu na autokar do Krakowa. Planowy wyjazd – 6:00. Ten czas spędzony na rozłożonej macie baletowej w korytarzu uważam za bezcenny. Trzydziestoletnia Pani organizator kręci banię w holu na naszą prośbę, Keedo sprzedaje kawał o Jaźwie, nikt nie odlicza czasu. Nieco wyziębieni wsiadamy do autokaru, zapadając w sen. Oby więcej, oby więcej takich tripów. Sausage Messagechusetts in the making!
Znam Krystiana od wielu, wielu lat. Cały czas bacznie obserwuję jego artystyczny rozwój, stojąc z boku. Organizator "What You Got" events w Strzelcach Krajeńskich, reprezentant NON Crew oraz Mad Skillz.O tym, że również jest DJem dowiedziałem się od momentu, gdy zaczął odbywać swoje podróże na zachód za Odrę - do Niemiec. "Z pewnością sporo digguje" - pomyślałem. Odpowiedź przyszła po jakimś czasie.Nadawcą odpowiedzi był sam DJ Krystek, gdy wręczał mi swój debiutancki krążek pt. "I am a digger, baby!". Słucham jego mixtape uważne któryś raz - na treningu, przy herbacie czy w trasie. Czy opłaca się sięgnąć do tego albumu?

"55 minut płynących breaków" porwie Was - zapewniam. Nie śledzę zwiadowczo rynku break DJs w kraju czy zagranicą, ale orientuję się dość dobrze, co jest aktualnie "grane". Krystek zapewni Wam oryginalność. Są to świeże, bardzo rytmiczne breaks z ogólnie wpadającą w ucho linią melodyczną. Robi się ostry vibe, momentami ciśnienie dochodzi do wysokiego punktu.Muzyka poruszy tych, któzy są bardzo wrażliwi na muzykę. Technika gry jest zadowalająca. W break DJingu najważniejsze jest, by nie przesadzać ze scratches i nie nadużywać ich. Podstawowe techniki są dobrze opanowane i wplecione w całość. Długość poszczególnych utworów jest dobrze rozłożona w czasie, tzn. utwory z np. mocnymi akcentami perkusyjnymi są przedłużone na tyle, na ile powinny. Przejścia między utworami - świetne. Nie pozwolą stracić tempa ani flow, wręcz odwrotnie - podnoszą je. Wielu z nas lubi mocne akcenty. Duży plus za to, że jest ich bardzo dużo. Wymaga to od b-boys wyszukiwania i łapania dźwięków ciałem, co daje jednoznacznie progres. Ciekawym rozwiązaniem, które swojego czasu robił DJ Twister, są bonus tracks.

Mam również kilka zastrzeżeń. Zacznijmy od doboru utworów: to, czego nauczyłem się od wielu DJs jest fakt o dobieraniu utworów charakterem. Daje to nie tyle płynności, co smaku. Smak jest tutaj naprawdę ważny. Są chwile w mixtape, gdzie jeden utwór nakręca kolejny i wszystko nabiera flavor, aż nagle (oczywiście wg mojego gustu) pojawia się utwór, który rujnuje nabudowane do tej pory ciśnienie. Nie ma to jednak tak wielkiego wpływu na całość, jednak momentami może drażnić.Następnym minusem jest tempo niektórych utworów. Tempo na zadyszkę albo wręcz zawał, by zaraz później usłyszeć wolniejszy utwór. Marne rozwiązanie, jednak są gusta, które odnajdą się w nade dynamicznym tempie. Jest to kolejny aspekt, nad którym trzeba pracować albo po prostu zmniejszyć pitch. Fakt, gatunki muzyczne są bardzo okrojone (od pure funk do smooth jazz) jednak trzeba mieć na uwadzę, że gdy chcemy utworzyć fuzję gatunków - ich charatker musi brzmieć. Tutaj zrealizowane jest to w 50%. Nie ma jednak co narzekać! Kupuj, nie zawiedziesz się! Poznasz tylko kolejny punkt widzenia DJs na muzykę, a inwestycja w ich rozwój należy do nas - b-boys.

Trzeba dać mu szansę, by mógł zaprezentować się na polskim evencie - to pewne. Nasza scena break DJs tego wymaga i oczekuje. Krystek utwierdził mnie w tym, że nie śpi i brnie przed siebie. Duży progres, co się chwali. Trafia w mój gust, a gdy trenuję do mixtapes, ważne, by mi się nie nudziły. Ten z pewnością do takich należy. Z każdym razem mocniej nastawiam ucha, by wyszukać nowych rozwiązań. Ten mixtape "zaleje Cię pozywytną energią", jak informuje nas tył okładki.
CENA: 15 PLN
BUY MIXTAPE / ORDER: deejay.krystek@o2.pl
Jak się tam znalazłem? Moja uczelnia (Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna / Wydział Teatru Tańca) ogłosiła konkurs. Polegał on na rozpisaniu projektu badawczego dotyczącego fizyczności ciała, dotyczącego zagadnienia związanego z tańcem. Wygraną w konkursie była możliwość realizacji projektu na San Diego State University przez 4 tygodnie. Tak właśnie, po kilku miesiącach od napisania projektu, znalazłem się w Boeingu 777 numerem lotu AA6203 z Londynu do San Diego.

Czego dotyczył mój projekt? Od lat fascynuje mnie zjawisko, jakim jest "przepływ". W środowisku breakin' znane bliżej jako flow. Nie chciałem jednak ograniczać się do badania tego zagadnienia tylko od strony b-boys, lecz chciałem poznać dosłownie wszystko. Duży wkład w mój projekt badawczy miał b-boy Mefo (Funky Masons) czy b-boy Cetowy (Polskee Flavor), ale również lokalni artyści z San Diego - Rock So Fresh Crew, Time To Rock, Forever We Rock czy chociażby Flowmaster (LA).
Po 11-godzinnym locie - lecąc nad Islandią, Grenlandią, niezapomnianymi terenami Kanady, rzeką Kolorado, Wielkim Kanionem czy Las Vegas - docieram do celu. Zamieszkałem u profesora, który był osobą prowadzącą mój projekt. Plan na uczelni nie był napięty, wręcz przeciwnie - obejmował najważniejsze przedmioty czy wykłady, w których mogłem uczestniczyć jako obserwator i robić zapiski, przeprowadzać wywiady. Plan mogłem ułożyć sobie sam - uczęszczałem na zajęcia z kompozycji jazzowej, improwizacji tanecznej, body modalities czy tańca współczesnego. Oprócz tego, po godzinach trenowałem dzień w dzień b-boying czy rocking. Miałem dostęp do profesjonalnej (oczywiście obcojęzycznej) literatury, która poszerzała pracę nad rozbudową mojego projektu o bardzo cenne informacje.
Czy ten projekt mnie ograniczał? W żaden sposób nie! Zwiedzałem miasto, zwiedzałem Kalifornię, gdzie co dzień 20stopniowy upał czynił mój dzień udanym. Widziałem Meksyk i miejsce, gdzie konkwistadorzy stanęli po raz pierwszy na terenie Ameryki Północnej. Odwiedziając co drugi dzień Records Stores diggowałem i szukałem albumów. Swoją drogą - za niewielką cenę kupiłem sporo wosku, który wylądował ze mną po miesiącu w Warszawie. Raj dla DJs. Zostałem zaproszony na audycję do jedynego radio dla b-boys i b-girls w USA - The Super B-Beat Show, które od lat prowadzone jest przez DJ Mane1 (Zulu Nation). Raz w tygodniu brałem udział w spotkaniach lokalnych artystów - writerzy, tancerze i muzycy dyskutowali na spontaniczny temat dotyczący naszej kultury czy różnych wydarzeń. Jamy odbywały się 2 razy w tygodniu!!! Jeden szczególnie zapadł w pamięć - Runnin' The Circle part 2. Zbierane były pieniądze dla Steelo (Killafornia) i jego rodziny, by Stee mógł szybko wrócić do zdrowia. Miałem okazję spotkać się z Y-Notem po roku czasu i spokojnie porozmawiać, przekazać mu Flava Dance Magazine z jego wywiadem, który przeprowadziłem (musisz przeczytać). B-Boy Life Style. Wspólne pokazy z RSF Crew, chillout w oficjalnym sklepie Armory Survival Gear czy Wildstyle Technicians. Co najważniejsze - spędzałem tam czas z dobrymi ludźmi, którzy mnie wciąż i stale inspirowali, pchali do działania.

Wiecie, jak to jest? Wiecie, jak to jest, gdy możecie wyjść na taras, mając przed sobą palmy, delektować się świeżym ponczem i podziwiać widoki zachodniego wybrzeża? Jak to jest chillować w gronie Zulu Nation San Diego na jednej z plaż Kalifornii, przy samym oceanie? Po jakimś czasie "pstryk!" - czas wracać do kraju.

Czy zrealizowałem projekt? Tak. Udało mi się przeprowadzić około 10 video wywiadów, przetłumaczyć 3 obszerne rozdziały dotyczące przepływu myśli, płynów w organiźmie, impulsów w ciele. Nie próżnowałem. Efekty mojej pracy - zrealizowany projekt o flow - znaleźć będzie można już w najbliższym numerze Flava Dance Magazine. Oprócz tego niedługo ukaże się film. Stay tuned!
Myślałem, że nie zdążę. Lubię imprezy w „Czytelni” – jedyne miejsce, gdzie czuję dobry vibe. Oficjalne Before Party przed rocznicą Rockin’ With Flavor miałbym ominąć? Całe szczęście, Polskie Koleje nie zawsze zawodzą i na czas mogłem znaleźć się na miejscu. Za sterami DJ Kangur / Funks Not Dead (Stylowa Spółka Społem) – trzeba coś tłumaczyć? Goście specjalni: Amigo (Dynasty Rockers) oraz Ringo (Mastermind Rockers). Poza tym nie zabrakło innych: Funkylover (Grecja), Misty Kidd (Irlandia), Drinkin’ Fellaz, Ari czy Merry Lee. Pierwsze koła, pierwsze bitwy. Byłem pewien, że klimat tej imprezy będzie tak świeży, jak rzadko kiedy. Szybko kończę jednak przygodę z klubem, gdyż na drugi dzień z rana pora ruszyć do Ostrowa Wielkopolskiego, gdzie odbędzie się oficjalna część rocznicy poprzedzona warsztatami.
Sobota – pociąg Interregio pełen „wczorajszych” jeszcze tancerzy rusza w stronę Ostrowa. Po drodze wymieniam kilka zdań z gośćmi ze Stanów Zjednoczonych. Rozmowy przecież sprawiają, że podróż szybciej upływa. W tym upływie pomogła mi również książka i szybko znaleźliśmy się na miejscu. Udajemy się na domowy obiad (dziękuję Suseł), by w pełni sił, zregenerowani udać się do True School Dance Studio. Nowo otwarta szkoła tańca w Ostrowie Wielkopolskim z najlepszą (z pewnością) kadrą w mieście. Wszystkim szczerze polecam! Czas zacząć warsztaty. Ku mojemu skromnemu zdziwieniu – chętnych było naprawdę sporo! Byłem przeciekawy podejścia Ringa i Amiga do prowadzenia instruktażu, do nauczania innych. Nie każdy, kto jest wyjadaczem, jest również dobrym nauczycielem, prawda? Jednak moje wątpliwości szybko zostały rozwiane. Ringo nie jest nauczycielem – jest mistrzem. Jego wiedza jest w stu procentach odzwierciedlana w trakcie zajęć. Jest bardzo kontaktowy i konkretny w nauczaniu. Zna sporo ćwiczeń pomagających w szybkim przyswajaniu nowych kroków. Niesamowite. Amigo to człowiek havin’ fun all the time. Zdążyłem to dość szybko zauważyć. Taki również jest na swoich warsztatach. Dawka inspiracji z warsztatów zaabsorbowana – czas na szybką kolację z Kubikiem, gdzie w końcu mogłem znaleźć czas na rozmowę z moim bratem (dziękuję). Rozpocznijmy zatem main event!
Urodzinowym venue był klub muzyczny „Afera”. Na początku wspomnę – trafna nazwa! DJ SMUT za deckami wtłacza soczysty funk i soul w głośniki. Powoli klub zapełnia się ludźmi. Do grona tancerzy dołączyli Gnom i Hleb z Rosji. Robią się pierwsze koła – to ważny moment w trakcie urodzin. Dochodzi do bitwy pomiędzy Kostkiem (RWF) a Gnomem. Szczerze – chyba najlepsza walka rockingowa, jaką widziałem na żywo. Rosjanin przypadkowo trafia Kostka w twarz w trakcie burna, Kostek po chwili robi to samo. Bloki stają się mało skuteczne. Koło szaleje, a w głośnikach It’s Just Begun! Hype! Zanim dochodzi do contestu 1vs1, daje o sobie znać największy minus imprezy – parkiet. Płytki zaczynają robić się śliskie do tego stopnia, że kroki stają się niemożliwe do wykonania. Spowodowane to było oczywiście sporą ilością osób obecnych w klubie i ciepłem, jakim emanowali. W głównym conteście bierze udział około 20 osób z Polski, Grecji, Irlandii i Rosji. Apache line w takim składzie robi niezłe wrażenie. 2 utwory z jedną zmianą przeciwnika. Sędziowie w tym czasie krążą po sali – obserwując walkę i walczących. Po pierwszej rundzie Ringo, Wawix i Amigo przechodzą się wzdłuż apache line – dotykając osobę, która odpada. Doszło do nieporozumienia, gdyż publice i uczestnikom wyjaśniono, że dotknięcie przez sędziego oznacza osobę wybraną do kolejnej rundy – zatem odwrotnie, niż intencja sędziów. Całe szczęście błąd szybko poprawiony i do drugiego apache line przechodzi ósemka graczy. Miałem ten zaszczyt (wraz z Hołą / Drinkin’ Fellaz), że udało mi się reprezentować w kolejnym apache line. Tutaj dochodzi do dogrywki pomiędzy Hołą a Hlebem, który ostro zapunktował walkę. Czas na wielki finał: Misty Kidd vs Hleb. Dwa utwory, dwóch silnych zawodników, dwa końce Europy. Obydwaj silnie zmęczeni, co często było widoczne. Obserwowałem walkę ze sceny, tuż obok mnie stał Gnom i stale krzyczał do swojego człowieka tłukącego się w finale: Now Jerk! Now Freestyle! Byłem zszokowany. Najzwyczajniej podpowiadał mu, kiedy w utworze jest breakdown, kiedy się kończy i co powinien robić w danym momencie. Śmieszne? Komiczne? Nie wiem. Sędziowie dość często w trakcie contestu przerywali walki ze względu, iż tancerze nie robili jerks w trakcie trwania breakdown. Rocking na tym nie polega. Czas trwania breakdown równa się czas trwania jerks. Widoczne było to zaś w postawie Misty Kidda, co było dla niego dużym plusem. Niesamowicie również kontrolował przebieg walki. Zrobił na mnie wrażenie, choć nie był moim faworytem. Rezultat – 2:1 dla reprezentanta Irlandii. Zwycięzcą czwartych urodzin Rockin’ With Flavor zostaje Misty Kidd. Czas na najlepszą część rocznicy – after party. Tutaj oficjalne sto lat i sporo dobrego disco! Dziękuję wszystkim za wspólną zabawę, ślizganie się po klubie i konkretne akcje do późnych godzin nocnych!
Była to z pewnością największa impreza Rock Dance w Europie. Co ja piszę – to był prawdziwy festiwal. Dwa dni pełne wiedzy, rozmów, dobrej zabawy i zdrowej rywalizacji. No, może z wyjątkiem walki Kostka z Gnomem. Żart oczywiście. Najważniejsze jest przybicie piątki. Zatem przybijam Wam – Wawix, Kostek i Suseł – piątkę za to, że mogłem uczestniczyć w Waszych urodzinach i świętować je. Sto lat!
